Czy podóż może zastąpić terapię?

Czy podóż może zastąpić terapię?

Może zapytasz: jesteś terapeutką, a piszesz o podróżach? Tak! Bo wierzę, że różnorakie wyprawy są w pewnym sensie małymi (lub większymi) procesami terapeutycznymi. Można powiedzieć, że to podróże terpeutyczne.

Każda podróż niesie za sobą nowe. Nowe doświadczenia, nowe znajomości, nowe spojrzenie. Uczymy się czegoś nowego o sobie, o innych i o świecie, a dzięki temu możemy coś zmienić w swoim życiu. I jak przewrócona kostka domina, wprowadzimy do swojego życia nową jakość – nawet bez większego dalszego zaangażowania z naszej strony. To się po prostu zadzieje!

3 sposoby na terapeutyczne podróżowanie

Każda podróż pisze inny rodział naszej historii. Kiedy myślę o swoich wjazdach, opowiadam w głowie historię o robieniu tego, co niemożliwe, o realizacji marzeń, o odwadze, wolności, o przyjaźni czy miłości.

Jak wybrać się w odpowiednią podróż? Taką, która będzie nie tylko odchaczeniem miejsca na liście, ale wprowadzi coś nowego i dobrego do naszego życia.

Sposób nr 1

Spontaniczny wyjazd. Czasami nie potrzeba pełnego planu, a jedynie chęci i otwartości. Okazuje się wówczas, że to, czego najbardziej potrzebowaliśmy, samo do nas przyszło.

Spontaniczna podróż? To może być niezapomniana przygoda! Fot. J.Bucova, Sorrento, Włochy, 2018

Tak wyglądał mój wyjazd do Włoch w 2018 roku, kiedy to koleżanka szukała towarzysza podróży, a ja miałam akurat możliwość. Nie planowałam tego zupełnie, a równocześnie to był cudowny wyjazd – pełen babskiej energii i chillu!

Sposób nr 2

Zrób to, co chodzi Ci po głowie od dawna. Gdy ktoś pyta Cię o to, gdzie chciałabyś/ chciałbyś pojechać, to odpowiedź sama ciśnie się na usta. Nasze marzenia, pragnienia są doskonałym drogowskazem, z którego naprawdę warto skorzystać.

Camino, które odbyłam samotnie w 2019 roku wzniosło mnie na wyższy level w zakresie pewności siebie, wytrwałości i wewnętrznego poukładania. A myślałam o tej podróży już jakieś 5 lat wcześniej!

Fot. A.Radomska (czyli ja :)), Camino Portugues, 2019

Gdy już znajdziesz swoją drogę, nie lękaj się. Miej odwagę popełniać błędy.

Paulo Coelho

Sposób nr 3

Natura, ruch i uważność. Kwintesencją tych trzech słów są dla mnie góry, które z całego serca rekomenduję wszystkim, którzy czują się przytłoczeni zgiełkiem codzienności.

A może wyjazd w góry połączony z warsztatami uważności w 2021? Fot. K.Stanley, Tatry, 2019

I nie jest to wyłącznie moja subiektywna opinia. Idąc po górskim szlaku, potrzeba być uważnym by każdy kolejny ruch był bezpieczny. Dodatkowo surowość i majestat szczytów robią takie wrażenie, że ciężko zagłębić się w rozmyślania zamiast pozostawać tu i teraz.

Podróże terapeutyczne? Czy podróż zastąpi terapię?

Niektórzy twierdzą, że tak. I myślę sobie, że mogą mieć rację – dla nich podróż wprowadziła niezbędną zmianę (np. zmianę środowiska, nawyków, diety, podejmowanie aktywności, uczenie się nowych informacji o sobie, wzrost pewności siebie). Jednak nie każdy skorzysta w ten sposób z podróży i nie zastąpi ona profesjonalnej psychoterapii.

Zobacz: Sesje indywidualne

Mimo wielu podróży, które przyporządkowałabym do kategorii Podróży zmieniających życie, zdecydowałam się na terapię własną. I nie żałuję! Dlatego też nie rekomenduję podróży zamiast terapii, równocześnie zachęcając do połączenia obu tych form.

I życzę Wam (i sobie), by kolejny rok przyniósł nam więcej możliwości do swobodnego podróżowania. Podróże terapeutyczne powrócą! Tymczasem będę o podróżach pisała 😉


Jeżeli podobał Ci się ten artykuł lub masz jakieś pytania, zostaw po sobie jakiś ślad, skomentuj go. Napisz kilka słów od serca, będzie mi ogromnie miło .

Ola Radomska

Czy samodyscyplina jest groźna dla ducha?

Czy samodyscyplina jest groźna dla ducha?

Samodyscyplina, wytrwałość i systematyczność w działaniu są ważne. Wielu guru mówi, że samodyscyplina jest niezbędna. Że bez tego nie zajdziemy nigdzie… Jednak o wiele łatwiej będzie nam wykorzystywać silną wolę, gdy będziemy pracować nad celami, które są dla nas naprawdę ważne. Jak działać by nie więzić swojej duszy?

Wiesz, czasami czuję ogromny opór przed pisaniem i publikacją postów na bloga. Noszę w sobie historie warte opowiedzenia. Tak uważam. Chciałabym podzielić się wieloma refleksjami, doświadczeniami. Podzielić się jakąś częścią swojej codzienności, odkryciami poczynionymi w pracy z przekonaniami. Bo może na drugim końcu globu będzie dziewczyna (czy chłopak), która przeżywa dokładnie to samo (albo coś bardzo podobnego). A to miejsce w sieci będzie dla niej wsparciem, impulsem do uśmiechu i myśli „Nie jestem sama, ktoś mnie rozumie”.

Z taką intencją weszłam w ten blogowy świat kilka lat temu. Chciałam (i nadal jest to moją główną motywacją) zmieniać świat na lepsze, poprzez wspieranie tych, którzy nie czują się dobrze ze sobą i swoim życiem – przeżywają coś trudnego, cierpią z powodu sączącego się smutku, poczucia bezradności czy natrętnego zamartwiana się. W końcu byłam tam: w ciemnym zaułku mojej duszy, w depresji. I wybrałam psychologię jako moją życiową drogę. Dlaczego więc czasem czuję opór przed pisaniem? Czy to prokrastynacja?

Chyba trochę tak. Jednak jest jeszcze inny ważny czynnik. Często filtruję to, o czym piszę, i popieram swoje wywody wiedzą psychologiczną. Boję się oceny, odsłonięcia tej swojej bardzo ludzkiej i podatnej na zranienia cząstki. Wpadłam w śmieszną pułapkę pt. „Czytają mnie ludzie, których znam w zupełnie innym kontekście”: moi rodzice, a raczej każde z osobna, nauczycielki z podstawówki, znajomi z prac, w których nie trąbiłam na lewo i prawo o blogu (To mi się naprawdę zdarza!). I chociaż całym sercem czuję, że chciałabym napisać o czymś bardzo osobistym, ego podpowiada bym poskromiła swoje ekshibicjonistyczne zapędy. W nagrodę znika motywacja, wena i radość z blogowania. Pasja wychodzi tylnym wyjściem, pukając się w czoło, bo nie jest istotą, którą mogłabym dowolnie ustawiać i tresować. Dlatego też przeniosłam dużo refleksji na Instagrama. Tam jest mi łatwiej się otworzyć.

To może warto postawić na samodyscyplinę?

Wielokrotnie słyszałam podczas sesji z klientkami, że chciałyby mieć w sobie siłę by „wziąć się za mordę” i działać efektywnie pomimo tego, że wewnątrz czują opór, rozpacz gdzieś w głębi duszy. Nie myśleć, nie czuć, tylko działać, robić wciąż więcej i więcej osiągać. Przecież jest tyle do zrobienia, a tak niewiele czasu!

Cóż, samodyscyplina, wytrwałość i systematyczność w działaniu są ważne. Wielu motywacyjnych guru mówi, że samodyscyplina jest niezbędna i każdy powinien pracować nad swoim sukcesem niczym tresowany zwierz z cyrku. Bez odpoczynku. Bez refleksji, czy aby na pewno pędzę w dobrą stronę. Że bez tego nie zajdziemy nigdzie… Całą sobą burzę się jednak na takie wyobrażenie. Sukces? Tak, ale nie za cenę uwięzienia swojej duszy w jakimś kieracie!

A wystarczy drobna zmiana…

O wiele łatwiej będzie nam wykorzystywać silną wolę, gdy będziemy pracować nad celami, które są dla nas naprawdę ważne, które wynikają z pragnień naszej duszy. Jak mówi jedna z moich mentorek: Gdy podążamy za głosem intuicji, idzie nam znacznie łatwiej. Natomiast kierując się strachem, napotykamy na opór w życiu. Wszystko wydaje się komplikowaćWszechświat chce nas zawrócić ze ścieżki, która nie jest naszą.

Jak działać by nie więzić swojej duszy?

1. Planowanie zadań i ustalanie celów  w oparciu o wartości

W moim przypadku, biorąc pod uwagę wartości, które wyznaję w życiu, widzę wyraźnie, że tworzenie treści bez autentyczności i pasji, jest dla drogą donikąd. Mogę trenować silną wolę, postawić na samodyscyplinę, jednak bez oparcia w wartościach będzie to prowadzić jedynie wypalania i frustracji. To tak, jakbym wspinała się długo na szczyt góry. Kosztowało mnie to bardzo dużo wysiłku. Podskórnie czułam, że coś jest nie tak, ale dopiero na szczycie pozwoliłam sobie na chwilę refleksji, wsłuchania się w siebie i zobaczyłam, że to zupełnie nie ta góra, na którą chciałam wejść!

2.Medytacja

Dobrym pomysłem może być również medytacja. Tak rzadko zdarza nam się na co dzień doświadczać ciszy, gdy mamy możliwość wsłuchania się w swoją duszę, w ten cichutki głosik intuicji. On często podpowiada nam, co jest dla nas naprawdę ważne. Gdy medytuję nad swoją przyszłością, blog wciąż w niej jest. Tak jak i psychologia oraz praca z kobietami w formie kręgów, warsztatów i sesji indywidualnych. Jest książka, którą noszę w sercu od dawna. Jest doktorat. W sferze osobistej jest to założenie własnej rodziny, spotkania z przyjaciółmi i podróże. Dobrze jest mieć taką względną jasność, o co nam w życiu chodzi. Jeżeli chcesz, to mogę Ci w tym pomóc. Podczas sesji indywidualnych jest przestrzeń na to, abyś odpuściła sobie wszystkie „muszę” i „powinnam”, wsłuchując się w swoje autentyczne pragnienia, wołanie Twojej wilczej duszy.

3. Rytuały i nawyki

Przydatnym w wyrabianiu systematyczności i działania bez względu na okoliczności będą wszelkie wspierające nawyki i rytuały, np. robię sobie zieloną herbatę, odpalam zapachową świecę i siadam do pisania wieczornego posta. Zaobserwuj, co już robisz, gdy zabierasz się za pracę, aktywność fizyczną czy inne działanie, które chciałabyś wykonywać systematycznie. Co pomaga Ci wytrwać w swoich postanowieniach? Może czasem będzie to faktycznie wejście w tryb autopilota. A może możesz zrobić to zachowując się bardziej czule wobec siebie? Czasami wstaję 30 minut przed planowaną pobudką, żeby porobić kilka asan, które dodają mi energii. Zauważyłam, że jest mi łatwiej, gdy: 1) śpię sama; 2) w mieszkaniu jest ciepło (ale nie duszno); 3) śpię w legginsach (bo nie muszę już ich zakładać); 4) poprzedniego wieczoru położyłam się spać wcześniej (ok. 22); 5) mata jest pod ręką (pod łóżkiem). Dbam więc o swój komfort i wówczas działam efektywniej. Zastanów się, jak to jest u Ciebie. Jeżeli nie masz swoich nawyków, to nie widzę przeszkód, żebyś sobie takowe stworzyła! Ogranicza Cię tylko Twoja wyobraźnia.

4. Podążanie za ciekawością

Warto zrobić sobie czasem dzień czy wyznaczyć godzinę w ciągu dna, tygodnia, kiedy będziemy robić to, na co faktycznie mamy ochotę. Jeżeli chodzą za Tobą kolorowanki antystresowe, tańce w kręgu, wyjście do kina czy teatru, spróbowanie swoich sił w Runmagedonie albo poprowadzenie warsztatów dla dzieciaków, to pozwól sobie na to! Nie ograniczaj się tylko dlatego, że cos nie wypada czy nie zgadza się z pierwotnym założeniem Twojej marki. Posłuchaj siebie i zrób coś od czapy!  😉

5. Małe kroki

Przyznaj się, ile razy słyszałaś powiedzenie: Nie od razu Rzym zbudowano? Przyznam Ci się, że skuteczniej przemawia do mnie bardziej makabryczna metafora, a mianowicie jedzenie słonia. Nie pochłoniemy go całego na raz. Zjada się go po kawałku! Dobrze jest podzielić stojące przed nami cele czy zadania na małe kroki, które możesz wykonać w ciągu jednego tygodnia, dnia albo nawet krótszego odcinka czasu. Zapytaj się przy tym siebie: Jaki jest kolejny krok, który mogę wykonać, aby dotrzeć do mojego celu? Tak np. podczas pisania pracy dyplomowej czy robienia równie żmudnej, ale potrzebnej rzeczy (Ok, czasem może nawet ciekawej i przyjemnej), sprawdzi się metoda 15 minut. Obiecaj sobie, że siądziesz do pisania na 15 minut. Podobnie możesz wykorzystać ją w przypadku aktywności fizycznej – tylko 15 min spaceru na świeżym powietrzu. Jeżeli po tym czasie, nie będziesz chciała kontynuować, to po prostu odejdziesz i zaczniesz robić coś innego. Zazwyczaj jednak najciężej jest zacząć pisać, ćwiczyć, pracować, a później jakoś już nam idzie.

6. Odpuszczanie i odpoczywanie

Czasami po prostu trzeba sobie odpuścić, odpocząć. Nie zmuszać się do czegoś, co nie jest zgodne z pragnieniami naszego serca. I zrobić tym samym miejsce na nowe, doładować wewnętrzne baterie.


Jeżeli podobał Ci się ten artykuł, zostaw po sobie jakiś ślad, skomentuj go. Napisz kilka słów od serca, będzie mi ogromnie miło. 

Ola Radomska

Dlaczego rzuciłam prestiżową pracę i wyjechałam za granicę?

Dlaczego rzuciłam prestiżową pracę i wyjechałam za granicę?

Chcę podzielić się z Tobą dzisiaj refleksją nt. oczekiwań innych osób wobec nas i swoją osobistą historią. Często wydaje nam się, gdy będziemy spełniać oczekiwania innych, to będą wobec nas milsi, będą nas bardziej kochali. Dlaczego wciąż wpadamy w pułapkę życia oczekiwaniami innych?

Chcę podzielić się z Tobą dzisiaj refleksjami na temat, który uważam za wyjątkowo ważny w kontekście życia w jakościach takich jak autentyczność, poczucie sensu i radości. Chcę Ci napisać trochę o oczekiwaniach innych osób wobec nas, dzieląc się swoją historią.

Dlaczego wciąż wpadamy w pułapkę życia oczekiwaniami innych?

Nie potrafimy asertywnie postawić granic – mówić „nie” i wybierać tego, co jest zgodne z pragnieniami naszego serca. Najczęściej po prostu boimy się reakcji innych osób – ich złości, rozczarowania. I w drugą stronę: wydaje nam się, gdy będziemy spełniać oczekiwania innych, to będą wobec nas milsi, będą nas bardziej kochali. A przecież pragnienie bycia kochanym jest szalenie ważną potrzebą, wypływającą z praktycznie każdego ludzkiego serca. Nawet jeżeli czasami nie chcemy się do tego przyznać.

Mając na szali zaspokojenie tak ważnej potrzeby, przyzwyczajamy innych do tego, że zawsze się zgadzamy, rezygnujemy ze swoich planów, naginamy się. Tym samym wpadamy w pułapkę. Bo rozczarowanie czy niechęć ze strony innych będą tym większe, im dłużej pozwalałaś wejść sobie na głowę, wyrzekałaś się siebie.

Moja historia

W ubiegłym roku miałam pracę, z której początkowo byłam dumna. Była bardzo prestiżowa i wszyscy otwierali usta ze zdziwienia, gdy mówiłam gdzie pracuję. Chociaż nie mogłam rozpowiadać o tym na lewo i prawo. Zajmowałam się mediami społecznościowymi, a przy tym miałam umowę o pracę. Przeniosłam się do Warszawy, zamieszkałam na Saskiej Kępie. Wszystko wskazywało na to, że stabilizuję się. Kilka bliskich mi osób było zachwyconych tym stanem rzeczy. Też dałam się uwieść wizji pt. „możesz osiąść na laurach”.

Było w tym oczekiwaniu kilka mankamentów:

1) Moim życiowym powołaniem jest psychologia a nie media społecznościowe (chociaż strasznie swoje zadania lubiłam!). Ze względu na liczne wyjazdy służbowe miałam problemy z zaliczeniami na studiach.

2) Ludzie są bardzo ważnym składnikiem zadowolenia z pracy. Były tam osoby normalne – miłe, które potrafiły się komunikować wprost, miały dobre/neutralne podejście. Były jednak również takie osoby, które miałam ochotę gołymi rękoma… I takie, których panicznie się bałam. Niestety więcej było osób z tej „poza normalnej” grupy.

3) To nie było miejsce na kreatywność i własną inicjatywę. Nie dla mnie.

4) Do tego dochodził stres i nieproporcjonalne do mankamentów wynagrodzenie.

Mam cholernie przekorną naturę, która pakuje mnie czasem w beznadziejne miejsca tylko dlatego, że chcę komuś coś udowodnić czy zrobić „na złość”. W ten sposób wybrałam liceum, którego nie życzyłabym najgorszemu wrogowi – no chyba, że jest osobą, która nic nie czuje i nie ma ani odrobiny samorefleksji. Jednak ta przekorna natura równie często chroni mnie przed oddaniem swojej duszy w niewłaściwe ręce i spalaniu się w pracy czy w życiu. Bo oczekiwania innych pozostawiam ich nadawcom. Nie potrafię się długo dostosowywać – nie chcę tego, nie mogę zbyt długo pozostawać w podporządkowaniu, w niezgodzie ze swoimi wartościami czy temperamentem. Duszę się, wybucham, uciekam. Wytrwałość to nie branie się za mordę. Dla mnie to systematyczne działanie przy tym, co jest dla nas naprawdę ważne.

Zdecydowałam się zostawić swoją prestiżową pracę i wyjechać za granicę. To nie był prosty związek liniowy: zostawiam to, wybieram to. Najpierw złożyłam wypowiedzenie i zaczęłam szukać pracy w Warszawie, w obszarze około-zawodowym – w szpitalach czy poradniach psychologicznych. Nie mogłam nic sobie znaleźć, a nie chciałam pozostawać w sytuacji braku płynności finansowej czy byle jakiej pracy „za grosze”. Wyjazd za granicę był dla mnie dobrym wyjściem na ten moment. Ze względu na możliwość zamieszkania u wujka, wybrałam Holandię. Zaryzykowałam, bo chciałam mieć większą swobodę w wyborze pracy po powrocie. Bez presji czasowej i finansowej. Mimo, że zawiodłam przy tym oczekiwania wielu osób, np. ambicje części rodziny.

A życie na emigracji to nie bajka… Już na pewno nie taka typowa!

Biorę za siebie odpowiedzialność

Tego nauczyłam się o życiu po swojemu: Nie muszę spełniać oczekiwań innych osób i mogę działać w zgodzie ze sobą. Po prostu wtedy biorę odpowiedzialność za swoje decyzje, bo nie ma jej na kogo zrzucić. Odeszło sporo osób z mojego otoczenia. Zweryfikowało się sporo relacji, w które wierzyłam. Straciłam stabilizację i wróciłam do rodzinnego domu. Ale nie żałuję utraty prestiżowej pracy, bo zyskałam szacunek do samej siebie. I prawdę. Czasami bolesną, a jednocześnie bardzo ważną. Wybieram odwagę i autentyczność! 

Kiedy bierzemy życie we własne ręce, dzieje się rzecz straszna: nie ma na kogo zwalić winy.

– E. Jong

Warto zacząć od tego, co nam w duszy gra i czemu chcemy powiedzieć „Tak” w życiu. Wybierajmy realizację tych celów, działań, które są dla nas naprawdę ważne. Jeżeli chcesz, możemy się temu przyjrzeć wspólnie podczas sesji indywidualnych. (Poza podróżowaniem zajmuję się psychologią i psychoterapią :))

To naturalne, że każdy człowiek może mieć swoje zdanie. Pozwalajmy sobie jednak na to, aby mieć swoje własne i postępować wg. własnego uznania. Mamy prawo podejmować się różnych działań, nawet jeżeli inni ludzie tego nie rozumieją czy nawet są przeciwni. Tak długo, jak kogoś intencjonalnie nie krzywdzimy, mamy do tego prawo. Możemy przy tym wyjaśnić im swoje zachowanie, gdy uznamy to za słuszne czy potrzebne dla budowania naszych relacji, a także gdy druga strona chce zrozumieć nasz punkt widzenia.

Jak rezonują z Tobą te stwierdzenia?

Dajesz sobie prawo do wybierania siebie?


Jeżeli podobał Ci się ten artykuł, zostaw po sobie jakiś ślad, skomentuj go. Napisz kilka słów od serca, będzie mi ogromnie miło.

Ola Radomska